Czwartek, 11 marca 2010
Imieniny Benedykta, Konstantego, Ludosława

Aby móc oglądać tę stronę musisz zainstalować wtyczkę Flash! Zainstaluj teraz!


Aby móc oglądać tę stronę musisz zainstalować wtyczkę Flash! Zainstaluj teraz!

Aby móc oglądać tę stronę musisz zainstalować wtyczkę Flash! Zainstaluj teraz!

Aby móc oglądać tę stronę musisz zainstalować wtyczkę Flash! Zainstaluj teraz!

Porównywarka cen

Telefony komórkowe

Laptopy
11.03 - Konferencja informacyjno-szkoleniowa
11.03 - Prelekcja Dariusza Marka Srzednickiego "Tajemnice życia i śmierci Marszałka Rydza Śmigłego"
13-14.03 - Piłkarski weekend. Rusza "Typer"
13.03 - Wierszalin. Reportaż o końcu świata
14.03 - Autokar Teatralny - spektakl "Podwójna rezerwacja" w Teatrze Komedia
16.03 - OKR - eliminacje miejskie
18.03 - Konferencja "Kultura językowa Kurpiów"
19.03 - Otwarcie wystawy "Ojciec i syn"
19.03 - "Opera Panica" - Ostrołęcka Scena Autorska
21.03 - II Ostrołęckie Targi Ślubne
24.03 - Andrzej Piaseczny i Seweryn Krajewski w Ostrołęce
26.03 - "Talent 2010" - półfinał
28.03 - HooDoo Band wystąpi w Avalonie
10.04 - Trzecie ostrołęckie zawody w duathlonie i pierwsze w triathlonie



  Ceny paliw
  Nowożeńcy
  VIDEO
  tylkokorona.pl
  Serwis Live!
  Profil w portalu nasza-klasa

Aby móc oglądać tę stronę musisz zainstalować wtyczkę Flash! Zainstaluj teraz!


   Katalog stron
   Katalog sieci
 komputerowych

  MZK
  PKP
  PKS
  Taxi
  Ksero
  Kosmetyka
  Gabinety Masażu
  Jedzenie
  Fotograf
  Fryzjer
  Sprzątanie nagrobków
  Hostessy
  Serwis, naprawa
  Naprawa AGD
  Rzeczoznawca
  majątkowy

  Windykacja
  Notariusze
  Optyk
  Ubezpieczenia
  Poczta Polska
  Kancelarie prawne
  Sprzątanie
 pomieszczeń

  Solarium
  Graffiti

Aby móc oglądać tę stronę musisz zainstalować wtyczkę Flash! Zainstaluj teraz!

  Lekarze
  Laboratorium
  Psycholog
  Weterynarz
  Kwiaciarnie
  Komputery
  RTV, AGD
  Sklepy odzieżowe
  Podręczniki
  Salony samochodowe
  Sklepy spożywcze
  Szkolenia
  Korepetycje
  Biura tłumaczeń
  Szkoły
  Szkoły językowe
  O C K
  Chat, IRC
  Kawiarenki  internetowe
  Kino
  Wypoczynek
  Publicystyka
  Radio
  Telewizja
  Banki
  Bankomaty
  Mapa
  Msze Św.
  Potrzebne telefony
  Radni
  Dzielnicowi
  Jak daleko...
 
BBT Powraca
Rehabilitacja
żółw
Gdzie wymienić sprężyny w Ostrołęce?
Pomoc dla Martynki czy oszustwo????
Sklep Zoologiczny - wstępne rozeznanie :)
Adaptacja projektu budynku ,kto zrobi??
Wardriving
Przedszkole
wstawianie zebow




Prezes daje twarz.

Przeczekać burzę.

Krzysztof Guzowski, Rafał Guz, Izabela Lewandowska  - RZECZPOSPOLITA (13-14.06.2003).

Michał Listkiewicz - prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej - działał jako lobbysta spółki budowlanej POL-WAZ, aby zapewnić jej zlecenia. Prezes POL-WAZ mówi nawet o ustawianiu przetargów dzięki wpływom PZPN. Szefowie piłkarskiej centrali, w tym sam Listkiewicz, jeżdżą luksusowymi autami zafundowanymi przez firmę. Pracownicy POL-WAZ budowali dom wiceszefowi PZPN Henrykowi Apostelowi.
Kiedy w 2000 roku budowlana spółka POL -WAZ zaczęła rywalizować z gigantami na rynku - Miteksem, Exbudem, Budimeksem i Mostostalem - postanowiła zatrudnić lobbystę, żeby wygrywać kolejne przetargi. Pełnomocnikiem zarządu POL -WAZ ds. inwestycji - bo tak to się oficjalnie nazywało - został Michał Listkiewicz, wieloletni sędzia piłkarski, a dziś prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej. Był lobbystą POL -WAZ do lipca 2002 roku. Miesięcznie prezes inkasował 14,7 tys. złotych z kasy firmy. To nie wszystko. Listkiewicz został także udziałowcem POL -WAZ - był nim od maja 2000 roku do września 2001 roku. Kiedy obejmował udziały, firma była warta 3 mln zł.
Doradca od kobiecego piłkarstwa
Prezesem POL -WAZ był wtedy Andrzej Rybicki. Ale to nie on przyjmował Listkiewicza do pracy. Ofertę złożył mu Grzegorz Kulikowski, drugi udziałowiec spółki i pełnomocnik zarządu. Kulikowski i Listkiewicz dobrze się znali. Kulikowski był wówczas społecznym doradcą prezesa PZPN ds. inwestycji, a dziś ma już w PZPN oficjalne stanowisko - jest przewodniczącym Wydziału Piłkarstwa Kobiecego. 
W kwietniu 2000 roku to Kulikowski zaproponował Rybickiemu, żeby znaleźć kogoś, kto będzie wspierał POL -WAZ, bo duże firmy potrzebują lobbysty. Tłumaczył, że PZPN to instytucja, gdzie pełno jest biznesmenów i polityków, którzy mogą pomóc. I to on znalazł odpowiednią osobę - Listkiewicza. Rybicki się zgodził i 1 czerwca 2000 r. Listkiewicz został pracownikiem POL -WAZ i współudziałowcem spółki. Na czym polegała jego praca? - W imieniu spółki uczestniczyłem w uroczystościach, otwarciach hal, basenów. Dawałem twarz - tłumaczy. Nie wiadomo jednak, jak rozdzielał twarz prezesa PZPN od twarzy budowlanego lobbysty. 
W wielu rolach
POL -WAZ związał się z PZPN znacznie bliżej. W 2000 roku przekazał związkowi cztery samochody: Opla Omegę, Volkswagena Passata i dwa Ople Vectra. POL -WAZ ponosił wszystkie koszty związane z przeglądami, ubezpieczeniami i naprawami aut, a PZPN płacił tylko za paliwo. W zamian piłkarska centrala zobowiązywała się do umieszczenia reklamy spółki podczas co najmniej czterech meczów międzynarodowych, czego zresztą nigdy nie zrobiła. 
Pod umowami POL -WAZ z PZPN podpisani są Rybicki, Listkiewicz, wiceprezes PZPN Henryk Apostel oraz sekretarz generalny związku Zdzisław Kręcina. Listkiewicz podpisywał się pod dokumentami jako prezes PZPN, choć był w tym samym czasie także udziałowcem POL -WAZ i jego pracownikiem. - Choć to ja podpisałem umowy, nigdy nie widziałem tych panów - mówi Rybicki. - Nie zobaczyłem Listkiewicza nawet wtedy, gdy sprzedawałem mu udziały w POL -WAZ. Podpisane przeze mnie dokumenty Kulikowski nosił do PZPN i wracał z podpisami drugiej strony. 
Opla omegę piłkarskim działaczom wkrótce skradziono. Po kilku dniach POL - -WAZ przekazał PZPN nowego saaba o wartości 167 tys. złotych. 
Przetarg kontrolowany
Listkiewicz jako lobbysta "wygrał" dla POL- -WAZ jedną budowę - hali widowiskowo- -sportowej w Ostrołęce. Kamień węgielny pod budowę wmurowano 6 listopada 2000 roku. Wtedy Rybicki, prawie pół roku po zatrudnieniu go w spółce, zobaczył Listkiewicza pierwszy raz na oczy. Jesienią 2000 roku pojawiła się też sprawa, która stanowi punkt zwrotny w historii POL -WAZ. Od tej pory zaczęły się nieszczęścia. 
Chodziło o należący do Ruchu 5,5-hektarowy ośrodek wypoczynkowy w Ryni nad Zalewem Zegrzyńskim. Rybicki twierdzi, że kupno tego ośrodka przez POL -WAZ zostało umożliwione dzięki kontaktom sekretarza generalnego związku Zdzisława Kręciny w poprzednim rządzie. Kręcina zdecydowanie zaprzecza, że podjął jakiekolwiek działania w tej sprawie. Zdaniem Rybickiego przetarg na kupno Ryni "był przesterowany na POL -WAZ" dzięki pomocy jednego z ministrów. - My mieliśmy wygrać. Wiedzieliśmy, ile mamy zapłacić, żeby wygrać z drugą firmą, która się zgłosiła - 2,8 mln zł. O 200 tysięcy więcej niż konkurent - mówi.

Rybicki twierdzi, że PZPN miał plany wobec ośrodka. Listkiewicz zaprzecza, jakoby powstał pomysł, by Rynia stała się bazą dla reprezentacji Polski. Zaprzecza też Kulikowski. Wersję Rybickiego potwierdza jednak Zbigniew Boniek, wtedy wiceprezes ds. marketingu PZPN. - Była taka propozycja. Chodziło o jakieś straszne pieniądze, które PZPN musiałby płacić za budowę ośrodka. Kilkanaście milionów złotych od nas, kilkanaście od jakiejś firmy. Gdy zapytałem o boiska treningowe, usłyszałem, że dokupi się terenu obok i tam one powstaną. Od początku mi się to nie podobało, dlatego utrąciłem pomysł w przedbiegach - mówi Boniek. - PZPN miał dać 40 proc., POL -WAZ 60 proc. Takie wiadomości przyniósł mi Kulikowski - dodaje Rybicki. 
Zanim pomysł umarł, biuro architektoniczne wyliczyło szacunkowe koszty projektu. W Ryni miały stanąć m.in.: budynek recepcyjno-hotelowy na 150 miejsc za 8 mln złotych, budynek gastronomii i sal konferencyjnych za 2,8 mln, basen kryty i budynek odnowy biologicznej za 7,8 mln, hala sportowa za 4,4 mln. Łączny koszt zabudowy - 26,9 mln złotych. Samo wykonanie projektu miało kosztować ponad milion złotych. Czy taki rozmach mógł towarzyszyć przedsięwzięciu, w którym miałyby się odbywać tylko kursy i konferencje różnych firm? 
Udziałowcy trzej
Gdy udziałowcami POL -WAZ byli tylko Rybicki i Kulikowski, firma rosła w siłę. Wygrywała kolejne przetargi na budowy finansowane ze środków budżetowych. Łącznie umowy opiewały na ok. 90 mln zł. Zysk spółki rósł - od 400 tysięcy do 1,5 miliona złotych w 2000 roku. Udziałowcy dzielili się równo. Jeden brał dobry samochód w leasingu i drugi też. Pensje mieli takie same, zysk kroili na pół. 
Wszystko zmieniło się po objęciu udziałów w spółce także przez Listkiewicza. W grę zaczęły wchodzić ogromne pieniądze. Ponieważ Kulikowski z Listkiewiczem dysponowali wspólnie większością udziałów, Rybicki postanowił się zabezpieczyć. 
W grudniu 2000 roku nakłonił Listkiewicza, żeby odsprzedał mu 10 swoich udziałów. Umowę podpisano 18 grudnia. Rybicki znów miał połowę udziałów w spółce, był jej prezesem i mógł sprawować kontrolę. - Papier od Listkiewicza potraktowałem jako weksel i schowałem go do szuflady. W 2000 roku obowiązywały przepisy, że nie trzeba takiej umowy rejestrować notarialnie. Umowa nabierała mocy prawnej z chwilą zgłoszenia jej do zarządu spółki, czyli do mnie - mówi. 
POL -WAZ w dalszym ciągu starał się zjednać sobie przychylność najważniejszych osób w PZPN. Wiceprezes Henryk Apostel budował dom w Czarnowie koło Konstancina-Jeziornej. POL -WAZ kupił materiały budowlane za ponad 7000 złotych i zostały one dostarczone pod wyżej wymieniony adres. Roboty elektroinstalacyjne kosztowały ok. 25 tys. złotych. Trzej pracownicy spółki zaświadczają, że wykonali je zgodnie ze sztuką i nie było żadnych zastrzeżeń ze strony Apostela. Apostel zaprzecza: - Pracownicy firmy POL -WAZ nie wykonywali u mnie robót elektroinstalacyjnych. 
Z kupionego ośrodka w Ryni wywieziono trzy domki na działkę prezesa Listkiewicza do Teodorówki koło Grójca. Ich wartość to ok. 30 tys. zł. Koszt remontu wyniósł ok. 5 tys. zł, wykonali go pracownicy POL -WAZ. Listkiewicz mówi, że do niczego się nie nadawały i że się ich pozbył. Ale są, stoją w Teodorówce, kłódki wyglądają na używane. 
Kulikowski chciał też wybudować nową siedzibę dla PZPN. Jedno piętro miał zajmować POL -WAZ, pozostałą powierzchnię - PZPN. Zbigniew Boniek potwierdza, że był taki projekt, to samo mówi ówczesny prezydent Warszawy Wojciech Kozak, którego o pomoc w wyszukaniu odpowiedniej działki prosił Listkiewicz.

Kłopoty z płynnością
Umowę z Ruchem na kupno ośrodka w Ryni podpisano na początku stycznia 2001 roku. POL -WAZ zapłacił prawie półtora miliona złotych (800 tysięcy, VAT i opłaty notarialno-sądowe), a resztę zobowiązał się wpłacić do końca lutego. Do zapłacenia zostały jeszcze 2 miliony. Trzeba było wziąć kredyt. POL -WAZ go dostał w I Oddziale Banku BPH w Warszawie. Dziś Kulikowski mówi, że nie mieli z Listkiewiczem pojęcia o tym, iż Rybicki bierze kredyt i nie dawali na to swojej zgody. Tymczasem 3 kwietnia 2001 roku wszyscy trzej udziałowcy, w obecności notariusza, zgodzili się na poddanie spółki egzekucji do kwoty jednego miliona euro dla zabezpieczenia tego kredytu. 
Z powodu kupna Ryni i opóźnień w płatnościach od inwestorów na budowach spółka zaczęła mieć kłopoty z płynnością finansową. Kulikowski zbierał od podwykonawców oświadczenia, że POL -WAZ im nie płaci. Po co? To się okazało 15 lipca, kiedy Kulikowski i Listkiewicz oficjalnie zażądali rezygnacji Rybickiego z funkcji prezesa. Rybicki się nie zgodził i wyciągnął z szuflady umowę z Listkiewiczem z grudnia 2000 r. o sprzedaży udziałów. "18 grudnia 2000 roku nie podpisywałem umowy o sprzedaży 10 udziałów panu Rybickiemu" - zeznał na policji Listkiewicz. Jednak nigdy nie zaskarżył Rybickiego do sądu o sfałszowanie dokumentu - zrobił to za niego Kulikowski. 
Prawdziwość dokumentu badało w 2002 roku Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Komendy Głównej Policji. Nie znalazło przesłanek, żeby stwierdzić, iż pismo zostało sfałszowane. 
Listkiewicz ważny społecznie
Kulikowski z Listkiewiczem nalegali na zwołanie walnego zgromadzenia wspólników, na którym Rybicki zrzekłby się prezesury. Kulikowski mnożył Rybickiemu zarzuty o działanie na niekorzyść firmy. Rybicki wypowiedział Listkiewiczowi pracę i 20 sierpnia otrzymał od niego odpowiedź: "Zupełnie niezrozumiała jest dla mnie sprawa opłaty za montaż domków letniskowych w miejscowości Teodorówka. Nigdy bowiem nie zlecałem takiej usługi firmie POL -WAZ. Wypowiedzenie mi umowy o pracę w trybie natychmiastowym stanowi rażące naruszenie kodeksu pracy. Zgodnie z przyjętymi na siebie obowiązkami uczestniczyłem aktywnie w przygotowaniu inwestycji w Ostrołęce, Katowicach i innych miejscach, co potwierdzić mogą kompetentne osoby na miejscu. W tej sytuacji żądam natychmiastowego wycofania zwolnienia z pracy i wypłaty zaległego wynagrodzenia za lipiec br., w przeciwnym razie skieruję sprawę do Sądu Pracy. Forma i treść Pana pisma do mnie narusza moją godność osobistą, co w sytuacji pełnienia przeze mnie ważnych funkcji społecznych godzi w moje dobro". 
W końcu Rybicki miał dość wojny. Powiedział, że odejdzie, ale pod pewnymi warunkami. Biegły wycenił wartość spółki na 10 mln zł (wersja optymistyczna) lub 4,5 mln zł (wersja pesymistyczna, zakładająca recesję na rynku). Rybicki domagał się podziału, po połowie, majątku, budów i długów. Gotów był do negocjacji. 
27 sierpnia zaprosił wspólników na walne zgromadzenie, które wyznaczył na 17 września 2001 roku w Kancelarii Notarialnej Marii Ogrodzińskiej-Zalewskiej. 
Walne, którego nie było
W sobotę, 15 września dwa dni przed najważniejszym walnym zgromadzeniem udziałowców w historii spółki, Rybicki i jego współpracownicy przebywali w siedzibie POL -WAZ przy ul. Budy. Zeznania Kulikowskiego i Listkiewicza, dotyczące wydarzeń tego wieczora, są niespójne. Kulikowski twierdzi, że przyjechał do firmy ok. godz. 19, był tam Rybicki i od razu zgodził się ustąpić z funkcji prezesa. Po ok. 30 - 40 minutach dołączył do nich Listkiewicz, który zeznał, że zjawił się ok. 20.

Oprócz Rybickiego, Kulikowski zastał w firmie księgową. Zaś Listkiewicz - kierowcę Kulikowskiego oraz dwie panie, których nie znał, ale "sprawiały wrażenie, że są pracownicami spółki". Obaj przyznają, że kiedy Listkiewicz podpisywał protokół walnego zgromadzenia, Rybickiego nie było w pokoju. "Wnioskuję, że w dniu 15.09. odbyło się walne zgromadzenie, ponieważ okazano mi dokument podpisany przez pozostałych udziałowców i byli tam obecni" - zeznał Listkiewicz. W rozmowie z "Rz" mówi jednak, że tego dnia nie widział Rybickiego. 
Adwokat Stanisław Mazur twierdzi, że w tym czasie Rybicki przebywał zupełnie gdzie indziej. Złożył on oświadczenie, że 15 września ok. godz. 20 rozmawiał telefonicznie z Rybickim, który przebywał w domu mec. Jacka Wasilewskiego. Rybicki miał prosić Mazura o poradę prawną. 
Do spotkania doszło nazajutrz, w niedzielę. Rybicki przyjechał z dokumentacją przygotowaną na walne zgromadzenie udziałowców 17 września. Ustalili, że kolejność porządku obrad powinna być następująca: a) Rybicki otrzymuje skwitowanie z działalności jako prezes POL -WAZ za okres do 17 września 2001 roku; b) Rybicki notarialnie sprzedaje swoje udziały Listkiewiczowi i Kulikowskiemu za uzgodnioną cenę; c) Rybicki rezygnuje z funkcji prezesa zarządu. 
Skoro w sobotę wieczorem, jak twierdzą Kulikowski z Listkiewiczem, Rybicki dobrowolnie przestał być prezesem spółki, po co w niedzielę jeździł po poradę do adwokata w sprawie walnego zgromadzenia i dlaczego ustalili porządek obrad świadczący o tym, że dopiero w poniedziałek zrzeknie się funkcji prezesa? 
Był prezes, nie ma prezesa
Protokół z 15 września 2001 r. wygląda nietypowo. Wiersze druku są ściśnięte, jakby starano się, żeby całą treść zapisać na jednej kartce. Treść sprowadza się do jednego: Rybicki rezygnuje z funkcji prezesa, zostaje nim Kulikowski. Trzy podpisy - przewodniczącego zebrania Kulikowskiego, Listkiewicza i jeszcze jeden Kulikowskiego jako udziałowca umieszczono jeden obok drugiego. W prawym, dolnym rogu jest parafka Rybickiego. 
Rybicki jest przekonany, że do sfałszowania protokołu z walnego zgromadzenia użyto druku firmowego, który zostawił w siedzibie firmy. - Zostawiałem takie druki z parafką na wypadek, gdyby z firmy trzeba było szybko wysłać pismo, a przecież nie zawsze byłem na miejscu - tłumaczy. 
Rybicki pokazuje odbitkę ksero protokołu z 15 września, jeszcze bez naniesionego podpisu Listkiewicza. Skąd go ma? Znalazł w poniedziałek, 17 września, o godz. 5.30 rano, gdy przyjechał do siedziby firmy po część dokumentów, potrzebnych na walne zgromadzenie. 
Wojna błyskawiczna
Kiedy Kulikowski, z pomocą Listkiewicza, przejął POL -WAZ, zaczął działać błyskawicznie. Jeszcze 17 września 2001 r. przyjechał do kancelarii notarialnej i oznajmił, że walnego nie ma, bo on, nowy prezes, je odwołuje. Zanim doszło do spotkania, prawnicy Rybickiego, w towarzystwie prawnika Kulikowskiego, dzwonili do Listkiewicza z pytaniem, czy podpisywał protokół z walnego zgromadzenia z soboty, 15 września. Odpowiedział, że nie. Kiedy jednak Kulikowski zjawił się w kancelarii, dysponował już protokołem z podpisem prezesa PZPN. Listkiewicz w ogóle nie pojawił się u notariusza. 
Jeszcze tego samego dnia, w IV Oddziale BGŻ, Kulikowski zmienił wzór podpisów i od tej pory tylko on miał dostęp do konta POL - -WAZ. Bank się na to zgodził, mimo że we własnym regulaminie określa, iż osoba, która chce dokonać tej czynności, musi przedstawić wyciąg z właściwego rejestru sądowego, że jest upoważniona do reprezentowania spółki. Kulikowski dysponował jedynie protokołem z 15 września. Trzy dni później w Oddziale LG Petro Banku na ul. Jana Pawła II założył konto firmowe POL -WAZ, również mimo braku podstawowego dokumentu. 
Od 17 września pieniądze od wszystkich inwestorów wpływały na konta POL -WAZ założone przez Kulikowskiego. Do dziś przez konto w BGŻ przepłynęło ok. 15 mln złotych, a przez LG - ponad 17 mln. 
Wszyscy inwestorzy uznawali konta założone przez Kulikowskiego, mimo że do dziś nie posiada on sądowego dokumentu, iż jest prezesem albo członkiem zarządu POL -WAZ. W Krajowym Rejestrze Sądowym, w którym spisane są wszystkie dane dotyczące spółek, w pozycji "prezes" wpisany jest Rybicki.

W 2002 roku Kulikowski usiłował zmienić ten wpis, jednak Sąd Rejonowy dwukrotnie odrzucił wniosek. W uzasadnieniu wyroku sąd stwierdził: "Nadzwyczajne zgromadzenie wspólników w dniu 15 września 2001 nie odbyło się, zatem uchwały o odwołaniu z zarządu Andrzeja Rybickiego i powołaniu Grzegorza Kulikowskiego nie zostały podjęte. Postanowienie to w części dotyczącej niniejszego wniosku jest prawomocne". 
Słoik miodu
W tej chwili POL -WAZ nie ma nic. 18 września 2001 r. Kulikowski wywiózł z siedziby spółki do ośrodka w Ryni wszystkie dokumenty, meble, komputer, nawet zastawę stołową i sztućce. Na ul. Budy został słoik miodu i zmienione zamki w drzwiach. W ośrodku w Ryni jest tylko wielki dół wykopany pod budowę basenu. 
Na początku 2002 roku Kulikowski zawarł umowę z firmą Bakul, w której prezesem i właścicielką wszystkich udziałów jest jego siostra Mirosława Przybylska. POL - -WAZ przekazał Bakulowi prowadzenie robót na wszystkich budowach i cały swój sprzęt o wartości ok. 3 mln zł. Mimo że to Bakul przejął budowy, całością rządził Kulikowski. 
Rybicki już we wrześniu 2001 roku złożył doniesienie o popełnieniu przestępstwa, polegającego na sfałszowaniu protokołu z walnego zgromadzenia. Prokuratura Rejonowa Warszawa Wola dwukrotnie umarzała śledztwo. Asesor Renata Krawczyk (w grudniu 2001) i asesor Monika Kruk (w kwietniu 2002) przyjęły za prawdziwe wszystkie zeznania Kulikowskiego, Listkiewicza, księgowej spółki i Beaty Kulikowskiej (żony Grzegorza Kulikowskiego) oraz dyrektora POL -WAZ Andrzeja Wajznera, którzy zeznali, że zgromadzenie się odbyło. Nie zaleciły ekspertyzy prawdziwości dokumentu z 15 września. Nie sprawdziły, że zgodnie z prawem, prezesa spółki odwołuje się wyłącznie poprzez tajne głosowanie, a takiego - zgodnie z zeznaniami Kulikowskiego i Listkiewicza - nie było. Po zażaleniach Rybickiego, Prokuratura Okręgowa w Warszawie dwukrotnie zwracała sprawę do Prokuratury Rejonowej. W rozmowie z "Rz", przeprowadzonej pod koniec kwietnia br., Kulikowski powiedział, że właśnie rozmawiał telefonicznie z panią prokurator, żeby się dowiedzieć, co słychać w jego sprawie. Miała mu powiedzieć, iż będzie trzecie umorzenie. 
Grzegorz Kulikowski napisał w liście do redaktora naczelnego "Rz" (pisownia oryginalna): "W przypadku opublikowania przez Waszą gazetę nie prawdziwych informacji mojej osoby i spółki nie zgodnych ze stanem faktycznym (...) wystąpię na drogę sądową przeciwko gazecie i redak. Guzowskiemu". 
Listkiewicz i Kulikowski są wciąż nierozłączną parą.

Rozmowa z Michałem Listkiewiczem
Gdybym wiedział
Rz: Czy PZPN nadal współpracuje z POL-WAZ? 
Do dziś PZPN użytkuje dwa samochody - Saab do dyspozycji prezesa i Volkswagen Passat dla sekretarza generalnego. Oba są przepisane na firmę Bakul pana Kulikowskiego. Ponadto, przedstawiciel kierownictwa firmy uczestniczy na nasz koszt w meczach reprezentacji Polski. Pan Kulikowski był na większości meczów. 
Jakie miał pan zadania w spółce POL-WAZ? 
W imieniu spółki uczestniczyłem w uroczystościach, otwarciach hal, basenów, krótko mówiąc - dawałem twarz. 
Czy był pomysł, żeby POL-WAZ, wspólnie z PZPN, wybudował ośrodek w Ryni i żeby z niego korzystały drużyny narodowe? 
Kulikowski i Rybicki pytali mnie, czy jest sens, by POL -WAZ interesował się Rynią. Zadzwoniłem do Piotra Pronobisa, partnera turystycznego PZPN, żeby pojechał i zobaczył ośrodek. Orzekł, że to perspektywiczne miejsce. Kulikowski pytał, czy PZPN może być współudziałowcem w budowie, ale odpowiedziałem, że nam ośrodek nie jest potrzebny. Dodałem, że PZPN może korzystać z Ryni na takiej samej zasadzie, jak z Konstancina czy innych ośrodków. Nie było przyrzeczeń, że jeśli powstanie ośrodek w Ryni, to PZPN będzie z niego korzystał. 
Był pan w Ryni? 
Dwa razy - na spotkaniu wigilijnym pracowników POL -WAZ i gdy burzono zbutwiałe domki kempingowe stojące na posesji. Dwa wywiozłem na swoją działkę, a potem je wyrzuciłem, bo do niczego się nie nadawały. 
Nie żałuje pan pracy w firmie POL-WAZ? 
Gdybym wiedział, co się wydarzy, to nigdy nie podjąłbym takiej współpracy. Jeśli na najbliższym zjeździe wyborcy uznają, że moja nierozwaga spowodowała u nich brak zaufania, to trudno. Ja prawa nie naruszyłem. To wobec mnie naruszono prawo. Prawnicy pana Rybickiego szantażowali mnie i grozili, że jeśli nie będę działał po ich myśli, to pójdą z całą sprawą do gazet. W porównaniu z innymi osobami, które wykorzystują swoją popularność w piłce i zarabiają na tym pieniądze, zachowałem się przyzwoicie. Każdemu wolno być w takiej spółce, w jakiej chce. Zadbałem o to, żeby PZPN miał pieniądze. Przecież te cztery samochody trzeba byłoby kupić, a dostaliśmy je bezpłatnie. 
W podobny sposób zaplątałem się kiedyś we współpracę z Januszem Stajszczakiem. Trudno było przewidywać, że człowiek, który występował w całej Polsce na plakatach wspólnie z prezydentem Wałęsą i był rekomendowany przez ówczesnego szefa sportu "Solidarności", pana Ziemanna, okaże się człowiekiem niegodnym zaufania. Ale zaręczam, że Grzegorz Kulikowski nie należy do tej kategorii ludzi.

Nasz artykuł wywołał głębokie poruszenie w środowisku piłkarskim
Głosy jednoznacznego potępienia dla działań prezesa Michała Listkiewicza, ale też zastanowienie nad działalnością całego PZPN wywołał nasz piątkowy artykuł "Prezes daje twarz" o związkach z firmą budowlaną POL-WAZ. Dominuje opinia, że Listkiewicz powinien odejść z PZPN.
Napisaliśmy, że prezes Listkiewicz był lobbystą POL-WAZ, którego szef twierdził nawet, że dzięki wpływom PZPN ustawiano przetargi dla jego firmy. Prezes związku był udziałowcem i pracownikiem POL-WAZ. "Wygrał" dla niego budowę hali widowiskowo-sportowej w Ostrołęce, ale później miał znaczny udział w doprowadzeniu spółki do upadku. Podpisał protokół z posiedzenia walnego zgromadzenia wspólników, które, według zebranych przez nas dokumentów, było fikcyjne. Zeznał też w prokuraturze, że zgromadzenie się odbyło. To zeznanie doprowadziło do przejęcia POL-WAZ przez Grzegorza Kulikowskiego, dobrego znajomego Listkiewicza, przewodniczącego Wydziału Piłkarstwa Kobiecego w PZPN.
- Prezes Listkiewicz powinien natychmiast odejść z PZPN, ponieważ przekroczył wszelkie normy moralne, a niektóre jego posunięcia są karalne z mocy prawa - powiedział nam anonimowo wysoko postawiony działacz PZPN. Dlaczego nie chce wystąpić pod nazwiskiem? - Bo nie wierzę, żeby Listkiewicz podał się do dymisji, a ja nie chcę stać się jego ofiarą - odpowiedział nasz rozmówca. Głosów domagających się ustąpienia Listkiewicza jest więcej, ale większość naszych informatorów nie wierzy w odejście prezesa PZPN. - Teraz wyjeżdża służbowo na dwa tygodnie do Francji, żeby przeczekać burzę, a potem wróci, jakby nic się nie stało - powiedział nam inny działacz PZPN proszący o anonimowość.
- Ja nie wierzę, żeby Michał w pełni świadomie wiedział, co podpisuje, i jakie ten podpis oraz jego zeznania mogą mieć znaczenie dla przyszłości firmy POL-WAZ. Myślę, że ktoś go do tego namówił i obiecywał, że wszystko będzie dobrze - powiedziała nam osoba dobrze znająca Listkiewicza. - Moim zdaniem, Listkiewicz nie wie, jak rządzić PZPN, bo nigdy nie prowadził własnej firmy. Nie ma też odpowiednich ludzi, którzy robiliby to w jego imieniu. A musi takich mieć, skoro ciągle przebywa za granicą.
Listkiewicz, Kulikowski i wiceprezes PZPN Henryk Apostel, o którym napisaliśmy, że POL-WAZ pomagał mu budować dom, starali się zbagatelizować całą sprawę przed kamerami telewizji Polsat.

Powiedzieli
Kazimierz Górski: "Widać, że kolega Listkiewicz w coś się zamieszał. Prezes PZPN to jest taka funkcja, że się jest wśród ludzi. Ale trzeba uważać, nie można się z każdym zadawać. Tego pana Kuligowskiego to ja znam tylko z widzenia. Nie wiem kto to jest. Ale kolega Listkiewicz jest dorosły i wie co robi. Ja już trochę odszedłem od PZPN, rzadko tam bywam, nie znam ludzi. Ale kiedy już spotykam się na jakiejś uroczystości, to wiele twarzy nie jest mi znanych. A to są podobno działacze piłkarscy. Skąd się wzięli, co do tej pory robili - nie wiadomo. Kiedy idę na mecz Polonii, to ja tam wszystkich znam, bo to są działacze, kibice od lat. Przykro czytać, przykro patrzeć jak grają. Kiedyś kto powiedział, że grają jak amatorzy, a zarabiają jak zawodowcy. Ale ja mówię - zarabiają, bo ktoś im dużo płaci. Jak im tyle dają, to biorą. Nie wiem co z tego będzie."
Antoni Piechniczek: "Nie znam się na prawie i nie wiem, co prezesowi Michałowi Listkiewiczowi wolno, a czego nie. Od tego ma na pewno prawników, doradców i własne sumienie. Z kolei w dzisiejszych czasach pełnienie funkcji prezesa PZPN musi łączyć się z szukaniem pieniędzy. Każdy, kto ma znaną twarz, staje zapewne przed problemem, na ile może ją wykorzystywać w sprawach, mogących budzić kontrowersje. Rozmawiałem na Śląsku na temat obydwu waszych artykułów, które ukazały się wczoraj. Oczywiście zadawano sobie pytanie na temat genezy tekstu o prezesie Listkiewiczu. Czy to pomysł redaktora Guzowskiego, czy inspiracja z zewnątrz, będąca początkiem kampanii wyborczej? Uważam, że poruszyliście ważne tematy, a to powinno naszej piłce wyjść tylko na dobre".
Andrzej Dybicz, były piłkarz Arki Gdynia, mieszkający od ponad 20 lat w Szwecji, trener drużyny w Jonkoeping: "Prezes Szwedzkiego Związku Piłki Nożnej, Lars Ake Lagrell, pełni swoją funkcję społecznie. Pieniądze zarabia jako wojewoda Vaexjo. Gdyby prasa wyciągnęła mu, że robi jakieś prywatne interesy, powołując się na swoją funkcję prezesa, następnego dnia by go odwołano. W Szwecji takie rzeczy są nie do pomyślenia".
Janusz Zaorski, reżyser: "To jakaś mętna sprawa. Kiedy ktoś chce 17 milionów, to przynajmniej wiadomo za co, a tutaj prezes Listkiewicz coś kręci, jest za dużo wykluczających się wersji. To mi się nie podoba i stawia prezesa w złym świetle. Przypomina mi to trochę znaną historię z kołowrotkami, liczącymi wchodzących na stadiony widzów. Kiedyś miały być obowiązkowe, potem się z tego wycofano. Jedna gazeta poda informację, że było pięć tysięcy widzów, a druga, że osiem. Ile było naprawdę - nie wiadomo i chyba o to chodzi, bo można coś zarobić na boku. Odnoszę wrażenie, że ta sprawa jest taka sama. To nienormalne".
Czesław Apiecionek, warszawski księgarz, kibic piłkarski: "Strach otwierać gazetę. Po przeczytaniu tekstu zrobiło mi się szalenie przykro, ponieważ do prezesa Michała Listkiewicza mam szczególny sentyment. Nie ma niczego gorszego niż mieszanie funkcji w sporcie z biznesem. Boję się, że po przeczytaniu czegoś takiego znów kilku ojców kupi swoim synom grę komputerową zamiast biletu na mecz. Nie chcę oceniać, wydawać wyroków, ale wymowa tego tekstu jest właśnie taka - dzieją się niejasne sprawy, polski sport ma pecha do ludzi. Każdy, kto nim w swojej dyscyplinie rządzi, powinien to robić dla idei, z miłości i bezinteresownie. Wiemy, że tak, niestety, nie jest, bo prasa często podaje przykłady nieprawidłowości. Dlatego nie ma atmosfery normalności, jaka sportowi powinna towarzyszyć".


Dla Szymona nie ma lepszego prezentu niż globus lub mapa
Fot : Mariola Knap

300 książek z jednej biblioteki - to rekord czytelniczy Dawida
Fot : Mariola Knap

Wielki świat małego geniusza.

Mariola Knap - Gazeta Współczesna 03.04.2003.

Przedruk ukazał się również w tygodniku ANGORA.

Szymek nie ma jeszcze pięciu lat, jednak już od dawna zasypia ze swoją małą encyklopedią przy poduszce. Dzięki niej nauczył się pierwiastkować w pamięci liczby kilkucyfrowe oraz obliczać silnie. Oskar jest od niego starszy - w lutym obchodził swoje siódme urodziny. Jednak już jako 3,5-letni chłopczyk w olsztyńskim planetarium opowiadał o meteorytach i planetach, które do dziś są jego pasją. Natomiast ośmioletni Dawid po kilku minutach czytania zna na pamięć kilkudziesięciozwrotkowy wiersz. Żądni wiedzy chłopcy mieszkają w Ostrołęce. Natura obdarzyła ich ponadprzeciętną inteligencją.
Szymek jest synkiem Ireny i Stanisława Stolarczyków. Urodził się 26 maja 1998 roku. Jest niespełna 5-letnim chłopcem i już od najmłodszych lat potrafił więcej niż jego rówieśnicy. 
- Zwróciłam uwagę na to, że Szymuś umie powtórzyć na pamięć treści wszystkich reklam z telewizji - powiedziała nam mama Szymka. - Kiedy miał dwa lata potrafił z pamięci powtórzyć cały alfabet oraz cyfry. Od tamtego czasu jego pasją jest liczenie. Natomiast jego ulubioną "zabawką" jest mała encyklopedia, przy której zasypia. Niestety zniszczyła mu się już od tego ciągłego czytania.
Matematyk z cyferkami na piżamkach 
Szymek nie ma jeszcze pięciu lat. Jego pasją jest mnożenie, dzielenie, obliczanie silni oraz pierwiastkowanie. Cyfry są nawet na jego ubraniach i piżamkach. Teraz próbuje też stworzyć własne liczby oraz encyklopedię. W domu bawi się ulubionymi kalkulatorami oraz grami planszowymi. Najczęściej czyta... książki telefoniczne i program telewizyjny, ponieważ tam jest mnóstwo cyfr. Szybko też nauczył się liczyć pieniądze. Często, kiedy jest z mamą na zakupach, przygląda się pracy pań ekspedientek. 
- W pobliżu naszego domu jest "zieleniak", w którym znajome sprzedawczynie pozwalają Szymkowi bawić się kasą fiskalną - dodaje pani Irena. - To dla niego duża frajda. Ponadto od pewnego czasu Szymek interesuje się też chemią: przygląda się tablicom oraz wzorom chemicznym. Zaczyna też rozumieć, jak je odczytywać. 
Chłopiec był badany w ostrołęckiej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej. Jego inteligencja wynosi 154 punkty, czyli o połowę więcej niż u człowieka z przeciętnym ilorazem inteligencji. Jednak, chociaż wszyscy bez trudu odgadują pasję Szymona, sam "geniusz" jeszcze nie wie, kim zostanie w przyszłości. 
Oskar obserwator 
Podobne zainteresowania ma 7-letni Oskar. Jest jedynym dzieckiem Beaty i Krzysztofa Kurapiewiczów. Urodził się 17 lutego 1996 roku. Oskar mając półtoraroku potrafił czytać i liczyć. Jego przygoda z czytaniem zaczęła się w momencie, kiedy nauczył się rozpoznawać literki na bluzce mamy. Już jako trzylatek nie sypiał w ciągu dnia - czas na odpoczynek wolał przeznaczyć na myślenie i czytanie. Do dnia dzisiejszego uważa, że spanie jest stratą czasu - dlatego każdego dnia budzi się rano, dużo czyta i po całym dniu zdobywania nowych wiadomości kładzie się spać ok. godz. 23. 
Jeszcze kilka lat temu Oskar interesował się głównie samochodami - na spacerze z rodzicami obchodził dookoła wszystkie spotkane modele aut, aby zapamiętać ich najmniejsze elementy. Do dziś poznaje marki i modele samochodów po szczegółach np. po kołpakach. W ciągu tygodnia nauczył się też rozpoznawać grzyby jadalne i trujące. Natomiast jego aktualną pasją jest składanie "Bioniclów", czyli zabawek inteligentnych. 
- Oskar jest obserwatorem i doskonałym słuchaczem - mówią jego rodzice - Za każdym razem, kiedy wyjaśniamy mu zasady gry lub obsługi urządzenia, od razu je zapamiętuje i wykorzystuje w praktyce. Kiedy gramy z nim np. w karty, nie czujemy, że naszym graczem jest dziecko. On gra na takim samym poziomie, jak osoba dorosła. 
Chłopczyk ma też pamięć fotograficzną. Ostatnio w przedszkolu w krótkim czasie nauczył się na pamięć ról wszystkich dzieci, które brały udział w przedstawieniu. Dawniej próbował też tworzyć swój własny język. 
Oskar astronom i wykładowca 
Oskar od zawsze pasjonował się wszechświatem i językami obcymi. Już jako trzylatek sam wybierał w księgarni odpowiedni dla siebie słownik języka rosyjskiego. Od najmłodszych lat uczy się też języka angielskiego, niemieckiego i włoskiego. Do tej nauki wykorzystuje nie tylko ksiązki, ale i programy komputerowe. Chłopiec ma też za sobą swój pierwszy naukowy "wykład" - w wieku 3,5 lat zadziwił osoby zwiedzające planetarium w Olsztynie swoją wiedzą na temat meteorytów i wszechświata w ogóle. 
Dziennikarz i naczelny w jednym 
Siedmioletni syn państwa Kurapiewiczów uwielbia oglądać programy naukowe. Interesuje się też bieżącymi wydarzeniami ze świata. Wie wszystko m. in. na temat wojny amerykańsko-irackiej oraz Unii Europejskiej. Po naszej wizycie sam w krótkim czasie zredagował teksty oraz wykonał ilustracje do pierwszego wydania swojej gazety "Plamka". 
Państwo Kurapiewicz nie ukrywają, że Oskar ma wiele pasji, które często zmienia. Jednak nie przeszkadza mu to w dalszym rozwoju, wręcz przeciwnie - już w wieku pięciu lat miał wystarczający zasób wiedzy, aby uczyć się w drugiej klasie szkoły podstawowej. Dlatego też o rok wcześniej poszedł do zerówki. Ponadto od dawna przyprowadza do domu kolegów starszych od siebie o kilka lat, bez trudu się z nimi dogaduje. I często zaskakuje ich swoim intelektem oraz zainteresowaniami. 
Talent do języków obcych 
Trzeci geniusz z Ostrołęki, Dawid Walkiewicz urodził się 28 lutego 1995 roku. Jest synkiem Katarzyny i Piotra Walkiewiczów. Nie jest jedynakiem - ma starszą o trzy lata siostrę Sylwię. Dzięki niej tak dobrze czyta i pisze. Kiedy Sylwia chodziła do przedszkola, Dawid razem z nią poznawał litery i cyfry. Szybko nauczył się czytać i pisać, ma też świetną pamięć fotograficzną - w przedszkolu na pamięć uczył się ról innych dzieci, zaś przedszkolaki chciały czytać tak jak on. 
- Dawid czyta lepiej od nas - żartowały kilka lat temu przedszkolanki. 
Jednak największą pasją Dawida są języki obce - odkąd nauczył się czytać, kształci swoją znajomość języka angielskiego i niemieckiego. Pragnie też nauczyć się języka rosyjskiego. Odkąd zaczął chodzić do szkoły, z niechęcią wraca do domu - tak wielką pasją jest nauka, a nauczyciele nie chcą go już odpytywać, bo zawsze jest przygotowany i ma najwięcej punktów za aktywność. 
Słaby wzrok Dawida 
Dawid do dziś wzoruje się na starszej siostrze, która ma za sobą liczne nagrody w konkursach recytatorskich. Dlatego też chce pójść w jej ślady. Dawniej marzył by być aktorem, teraz świetnie recytuje wiersze, których uczy się w kilka minut. 
- Dawid zbyt dużo czyta - martwi się o synka Katarzyna Walkiewicz. - Od grudnia nosi okulary, jednak robi to tylko dlatego, że jego wychowawczyni, Anna Brzostek, też ma wadę wzroku. Nie dziwi mnie jednak to, że syn ma słaby wzrok - w ubiegłym roku, kiedy jeszcze nie chodził do szkoły, przeczytał ponad 300 książek z biblioteki. Wszystkie wypożyczyła dla niego siostra. Pani bibliotekarka nie chciała już pożyczać jej książek - mówiła, że służą one do czytania, a nie oglądania. 
Pasja Dawida trwa nadal - w pierwszym półroczu swojej nauki przeczytał prawie 100 książek. Tyle łącznie nie przeczytała połowa uczniów jego klasy. Jednak dzięki jego zamiłowaniom do czytania, klasa Dawida zajęła w SP nr 1 pierwsze miejsce pod względem czytelnictwa. 
Nie zmarnujcie ich talentów 
To nie jedyne zdolne dzieci mieszkające w Ostrołęce. Ich rodzice obawiają się jednego - aby nie zmarnowały one swojego talentu. Jednak nie tylko oni myślą o przyszłości małych geniuszy.
- Dzieci uzdolnione cechuje przede wszystkim ogromna ciekawość poznawcza - mówi Weronika Paździorko-Dobrowolska, psycholog Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej w Ostrołęce. - Już od najmłodszych lat potrafią prawidłowo formułować pytania oraz łączyć ze sobą związki przyczynowo-skutkowe. Mają też wyższy od rówieśników poziom myślenia abstrakcyjnego, dlatego często wybierają starszych od siebie kolegów. Jednak w niektórych przypadkach nie mogą iść wcześniej do szkoły, ponieważ nie są wystarczająco rozwinięte emocjonalnie. Dlatego ważna jest praca ze specjalistami.
Okazuje się, że w Ostrołęce brakuje instytucji, w których dzieci zdolne mogłyby uczyć się według indywidualnego toku nauczania. 
- Gdyby w Ostrołęce powstała odpowiednia instytucja, z naszego miasta pochodziłby nie jeden geniusz - podkreśla Krzysztof Kurapiewicz, tata Oskara. Podobnego zdania jest Irena Stolarczyk, mama małego Szymona - jej zdaniem odpowiednia placówka dla dzieci uzdolnionych pomogłaby im w dalszym rozwoju. Zdaniem Katarzyny Walkiewicz praca z dziećmi zdolnymi nie pozwoliłaby zmarnować ich talentu. Jednak - zdaniem rodziców - dodatkowa nauka w odpowiedniej placówce powinna być bezpłatna. 
- Na rodzicach dzieci zdolnych "ciążyłaby" wtedy odpowiedzialność, aby ich dzieci rozsławiły Ostrołękę w Polsce - mówi Irena Stolarczyk. 
Szansa dla talentów 
Pod koniec marca powołano w Ostrołęce zespół, którego celem będzie opracowanie programu "Talent". Janusz Gołota, dyrektor Wydziału Oświaty i Spraw Społecznych w Urzędzie Miejskim w Ostrołęce oraz psycholog Weronika Paździorko-Dobrowolska planują, że w przyszłości w pracę ze zdolnymi dziećmi włączą się nauczyciele i pedagodzy. Na razie osoby zajmujące się programem "Talent" myślą o diagnozowaniu oraz stworzeniu w mieście warunków do pracy indywidualnej z dziećmi zdolnymi.


Darowizna Ostrołęki dla KUL była zgodna z prawem.
Uczelnia niepaństwowa, ale taka jak państwowa.

Izabela Lewandowska  - RZECZPOSPOLITA (08-09.03.2003).

Uchwałę rady gminy obywatel może kwestionować tylko wówczas, gdy narusza ona jego konkretne indywidualne uprawnienie gwarantowane przez prawo - taką tezę sformułował Sąd Najwyższy w wyroku z 7 marca 2003 r. wydanym na tle sporu o zgodność z prawem darowizny uczynionej przez miasto Ostrołękę na rzecz Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

Sąd Najwyższy uchylił wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z września 2001 r., stwierdzający nieważność uchwały Rady Miejskiej w Ostrołęce, wyrażającej zgodę na tę darowiznę. Chodzi o ponad 13-hektarową nieruchomość stanowiącą kompleks oświatowy: Zespół Szkół Rolniczych - Gospodarstwo Pomocnicze w Przytułach Starych. W momencie podejmowania uchwały kompleks znajdował się w stadium dalekiej do ukończenia rozbudowy, a liczba uczniów malała. Miasto zdecydowało się darować nieruchomość KUL na cele dydaktyczne. Tłumaczono, że przemawiają za tym względy ekonomiczne, jako że miasto musiałoby jeszcze wiele włożyć w dokończenie budowy kompleksu. Darowizna miała się przyczynić do podniesienia poziomu wykształcenia mieszkańców Ostrołęki i regionu. Liczono bowiem na uruchomienie tam przez KUL ośrodka zamiejscowego. Jako prawną podstawę uchwały wskazano ustawę o gospodarce nieruchomościami pozwalającą na przeznaczenie nieruchomości gminy w drodze darowizny na cele publiczne. Takim celem zaś wedle ustawy jest m.in. budowa i utrzymanie pomieszczeń dla państwowych szkół wyższych. Powołano się też na ustawę z 1938 r. o nadaniu KUL pełnych praw państwowych szkół akademickich.

Uchylenia uchwały o darowiźnie zażądała mieszkanka Ostrołęki Aleksandra N. Jako prawną podstawę żądania wskazała art. 101 ustawy z 1990 r. o samorządzie gminnym. Pozwala on każdemu, kto ma interes prawny lub czyje uprawnienia zostały naruszone uchwałą lub zarządzeniem organu gminy w zakresie administracji publicznej, zaskarżyć je do NSA. Aleksandra N. twierdziła, że KUL nie ma statusu uczelni państwowej i darowizna na jego rzecz nie jest celem publicznym. NSA przyznał jej rację i stwierdził jej nieważność.

Wyrok ten zakwestionował rewizją nadzwyczajną minister sprawiedliwości. Przede wszystkim wyraził opinię, że Aleksandra N. nie wykazała, iż ma interes prawny w zaskarżeniu uchwały dotyczącej darowizny dla KUL. Ponadto twierdził, że uchwała jest zgodna z prawem.

SN uwzględnił rewizję nadzwyczajną i uchylił wyrok NSA. Podzielił przede wszystkim pogląd, iż Aleksandra N. nie miała interesu prawnego w kwestionowaniu uchwały rady o darowiźnie dla KUL. W ogóle nie mogła wszcząć takiej sprawy. Sędzia Andrzej Wasilewski wyjaśnił, że art. 101 ustawy o samorządzie gminnym nie wprowadza tzw. actio popularis. Nie jest więc tak, że na jego podstawie każdy mieszkaniec gminy może zaskarżyć każdą uchwałę czy każde zarządzenie organu gminy z zakresu administracji publicznej; musi wskazać, że ma w tym interes prawny. Należy go rozumieć jako indywidualny konkretny interes danej osoby gwarantowany prawem, wynikający np. z prawa własności albo jako konkretny indywidualny interes danej osoby jako członka wspólnoty lokalnej. W ocenie SN Aleksandra N. nie udowodniła, że ma w zaskarżeniu uchwały tak rozumiany interes.

SN nie zgodził się także z merytoryczną oceną uchwały dokonaną przez NSA. Darowizna na rzecz KUL, zdaniem SN, miała cel publiczny. KUL bowiem, choć spełnia kryteria uczelni wyznaniowej, co potwierdzono m.in. w konkordacie, ma także status państwowej szkoły wyższej. Potwierdza to jednoznacznie art. 1 ustawy o szkolnictwie wyższym. Wynika z niego, że KUL należy traktować tak jak państwowe szkoły wyższe (sygn. III RN 42/01).


Grypa obrosła mitami czyli dlaczego boimy się szczepić? 

Artur Włodarski - GAZETA WYBORCZA (01.03.2003).

Jest nieobliczalna, choć systematyczna. Atakuje co roku, a co dwa, trzy lata - wyjątkowo silnie. Opanowała już Czechy, Niemcy, Ukrainę i Rosję. Tylko patrzeć jak rozpanoszy się u nas. Nie dajmy się zaskoczyć. Nie pozwólmy, by jak przed trzema laty zmogła półtora miliona rodaków. Mamy dużo szczepionek i mało czasu
Choć z roku na rok do szczepień ochronnych przekonuje się coraz więcej osób, nadal funkcjonują mity, które podważają sens tej formy profilaktyki - ubolewa prof. Lidia Brydak*, kierownik Krajowego Ośrodka ds. Grypy. Poprosiliśmy ją, by mit po micie rozprawiła się z tymi, które uważa za najbardziej szkodliwe. 

MIT: Szczepionki osłabiają ogólną odporność organizmu
Fakt: badania na to nie wskazują. Gdyby tak było, polityka szczepień nie miałaby sensu. To między innymi dzięki niej średnia długość życia tak bardzo wydłużyła się podczas ostatniego stulecia. Szczepionki niemal zupełnie uwolniły nas od wielu chorób. Starsze osoby pamiętają, jakim problemem była kiedyś wywoływana przez wirus polio choroba Heinego-Medina. 

MIT: Od szczepionki można zachorować
Fakt: To niemożliwe. Zgodnie z wymogami WHO w całym świecie stosuje się szczepionki inaktywowane, czyli zabite. Czy coś, co jest zabite, może namnażać się w organizmie? W żadnym wypadku nie. 

MIT: Szczepionki spóźnione są o rok w stosunku do wirusa powodującego epidemię 
Fakt: Bzdura. Szczepy wyizolowane od pacjentów w danym sezonie są antygenowo spokrewnione z tymi, na bazie których sporządzono szczepionki. Tak jest i w tym roku. Niedawno udało się nam wyizolować wirusa grypy z próbek pobranych od 13-letniego pacjenta. Wykorzystanie w takiej identyfikacji najnowszych technik biologii molekularnej (stosowanych w kryminalistyce) wyklucza pomyłkę. 

MIT: Szczepisz się, a i tak chorujesz. Wniosek? Szczepionki nie chronią przed epidemią
Fakt: To mit wynikający z mylenia grypy z przeziębieniem. Oprócz wirusów grypy o tej porze roku łatwo paść ofiarą innych drobnoustrojów atakujących drogi oddechowe - około 200 typów. Niektóre wywołane przez nie choroby przypominają grypę (parainfluenza, wirus RS). Nie należy z tego jednak wyciągać wniosków co do skuteczności szczepionki przeciwko grypie. 

MIT: Po 15 listopada już nie powinniśmy się szczepić
Fakt: Nie ma żadnych limitujących to terminów. Zalecenia wydawane przez Komitet Doradczy ds. Szczepień jeszcze w 2002 r. rekomendują szczepienia nawet wtedy, gdy stwierdzamy wzrost zachorowań na grypę oraz izolujemy wirus w badaniach populacyjnych. Wyjątkiem są osoby z grup podwyższonego ryzyka: powinny zaszczepić się przed sezonem grypowym. 

MIT: Są szczepionki lepsze i gorsze
Fakt: To chwyt reklamowy stosowany przez konkurujące ze sobą firmy farmaceutyczne. Wszystkie zarejestrowane szczepionki przeciwko grypie są immunologicznie równocenne. Ich producenci korzystają z tych samych szczepów wirusa, otrzymywanych co roku od Światowej Organizacji Zdrowia. 

MIT: Nie powinno się szczepić małych dzieci 
Fakt: Kiedy pod koniec lat 50. w Japonii zdecydowano się na obowiązkowe szczepienie dzieci w wieku szkolnym (ktoś powiedział, że są one siewcami infekcji), nastąpiło gwałtowne zmniejszenie zgonów spowodowanych grypą wśród osób starszych, a kiedy ów obowiązek zniesiono, odnotowano wyraźny wzrost. Istnieje coraz więcej przesłanek, by obowiązkowym szczepieniom przeciwko grypie objąć dzieci poniżej piątego roku życia. Warto to zrobić również ze względu na skutki powikłań pogrypowych (np. pogrypowe zapalenie ucha u małego dziecka może spowodować nieodwracalną częściową lub całkowitą głuchotę). Jednak Komitet Doradczy ds. Szczepień Światowej Organizacji Zdrowia jeszcze nie podjął wiążącej decyzji w tej sprawie.

MIT: Nie mniej skuteczne od szczepionek są różne preparaty przeciwgrypowe 
Fakt: Jak dotąd szczepienie to zdecydowanie najlepszy sposób walki z grypą. Na pewno nie są nim wydawane bez recepty preparaty (OTC), które nie chronią przed chorobą, lecz najwyżej łagodzą jej przebieg. Profilaktyczne ich łykanie nie ma najmniejszego sensu. 
Pewien skutek w zwalczaniu infekcji grypowej odnoszą całkiem nowe leki z grupy tzw. inhibitorów neuraminidazy. W przeciwieństwie do preparatów OTC, zanamivir (wziewny) i oseltamivir (w kapsułkach lub w formie syropu) są aktywne wobec wirusów grypy typu A i typu B. W Polsce zarejestrowany jest tylko ten pierwszy. Oba mogą być podawane najpóźniej do 36 godz. od wystąpienia objawów grypy, które muszą być potwierdzone laboratoryjnie. Dlaczego? By nie powstały szczepy oporne.

*Prof. dr hab. Lidia Brydak jest też Członkiem European Scientific Working Group on Influenza, pracuje w Państwowym Zakładzie Higieny w Warszawie. Od 35 lat zajmuje się problematyką dotyczącą grypy.


W Ostrołęce ostro ciągną cz. II

Dorota Paradecka - NIE (01/2003)

W ramach programu wspierania przedsiębiorczości gruby szmal z Banku Światowego, budżetu państwa i samorządów płynie do prywatnych kieszeni. Między innymi - posła SLD.
W 1994 r. przyjęty został projekt Banku Światowego "Rozwój Małej Przedsiębiorczości TOR 10". W jego ramach 76 organizacji pozarządowych utworzyło 31 tzw. Inkubatorów Przedsiębiorczości i 62 Ośrodki Wspierania Przedsiębiorczości. Ich celem jest promocja, doradztwo i organizacja szkoleń dla małych i średnich firm oraz dla bezrobotnych. 
Powstały też 34 Fundusze Rozwoju Przedsiębiorczości, które udzielają preferencyjnych pożyczek na działalność gospodarczą. Wszystkie trzy struktury są wprost idealne do robienia szwindli.
Program został dopracowany w 1998 r. Kasę wyłożył Bank Światowy i rząd polski. Według MPiPS koszt przedsięwzięcia wyniósł 28 mln dolarów. Powstałe Inkubatory Przedsiębiorczości, ośrodki mające ją wspierać i fundusze pożyczkowe działają teraz dzięki obracaniu uzyskaną wcześniej kasą, czyli odsetkom od kwot leżących na kontach i dochodom z działalności gospodarczej. 
Pisaliśmy ("NIE" nr 36/2002) o Ostrołęckim Ruchu Wspierania Przedsiębiorczości (ORWP), który utworzył taki właśnie ośrodek i fundusz. O fikcyjnych kursach dla bezrobotnych. O tym, jak na prowadzeniu tam wykładów zarabiała lokalna elita, włącznie z wysokimi przedstawicielami władzy samorządowej i partyjnej (od prawicy po lewicę), pracownikami Urzędu Kontroli Skarbowej oraz Mazowieckiego Urzędu Pracy. Ten ostatni zlecał jednocześnie szkolenia i kontrolował ORWP badając, czy nie ma przekrętów. Informowaliśmy o rodzinach miejscowych 
notabli różnej orientacji politycznej - z żoną posła SLD włącznie - którzy brali preferencyjne pożyczki, często nie mając do nich uprawnień albo wykorzystując je niezgodnie z przeznaczeniem lub też nie zwracając ich. Napisaliśmy wówczas o prowadzonym przez ostrołęcką prokuraturę dochodzeniu w tej sprawie.

Martwe dusze szkolone
Jak się okazuje - mało napisaliśmy. Po ukazaniu się naszego artykułu aresztowano trzy osoby: prezesa zarządu Ostrołęckiego Ruchu Wspierania Przedsiębiorczości (ORWP) Kazimierza Krzysztofa B., sekretarza zarządu Elżbietę M. oraz Andrzeja W., dyrektora przasnyckiej szkoły, której uczniowie zostali wciąg-nięci na listy jako fikcyjni uczestnicy szkoleń dla bezrobotnych. 
ORWP wygrywał przetargi na szkolenia dla bezrobotnych organizowane przez Mazowiecki Urząd Pracy (MUP), któremu szefuje Lech Antkowiak. Zanim objął on MUP - był dyrektorem programu Banku Światowego TOR 10 w Ministerstwie Pracy. Gdy odszedł, fuchę tę przejął i piastował do końca trwania programu jego zastępca Tomasz Niesiołowski - dziś główny specjalista w Departamencie Polityki Rynku Pracy MPiPS. Jego nazwisko przewija się w ostrołęckiej sprawie.
Gdy ORWP wygrywał przetarg na szkolenia dla bezrobotnych, sprawa przechodziła pod nadzór podległego Antkowiakowi ostrołęckiego Urzędu Pracy, którego dyrektor Andrzej Zalewski był jednocześnie członkiem stowarzyszenia ORWP i zarabiał na szkoleniach dla bezrobotnych, które są teraz przedmiotem śledztwa.
Około 400 osób potwierdziło, że nie brało udziału w żadnych kursach, choć figurowało na listach uczestników. Wystawionych zostało około 700 lewych zaświadczeń o ukończeniu kursów. Okazało się, że odbywały się też szkolenia, które trwały godzinę lub półtorej zamiast przewidzianych kilkudziesięciu. Do pracy przy orga-nizacji kursów zatrudniano ludzi fikcyjnie, żeby wykazać koszty. Za wykładanie na kursach, których nie było, płacono lokalnym VIP-om.
Ostrołęcki Fundusz Rozwoju Przedsiębiorczości udzielił kilkudziesięciu lewych pożyczek. Jak wcześniej pisaliśmy, brali je ludzie nie spełniający wymaganych kryteriów. Wiewiórki z prokuratury twierdzą, że ruch wokół funduszu i pożyczek gwałtownie wzrastał, gdy zbliżały się wybory i potrzebna była kasa na kampanie. Wśród pożyczkobiorców byli członkowie rodzin wysokich urzędników samorządowych. 4 tys. zł wziął też w 2001 r. Jerzy Krzyżowski - dziś prezes Funduszu Leasingowego Poczty Polskiej, który wcześniej zajmował się programem TOR 10 z ramienia MPiPS.

Zamknięty obieg szmalu
W 2000 r. inkubator ostrołęcki wygrał przetarg na szkolenia dla właścicieli i szefów małych przedsiębiorstw. Ich wykonanie zlecał firmom zainteresowanym odbyciem szkolenia. To doskonały sposób na przekręcenie pieniędzy. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości zwraca bowiem uczestnikom 60 proc. kosztów poniesionych za udział w kursie. Gdy szkolenia są fikcyjne, firma szkoląca i przedsiębiorstwo, którego przedstawiciel jest szkolony, dzielą się forsą. Z otoczenia posła SLD Stanisława Kurpiewskiego dowiedzieliśmy się, że dwa razy takie szkolenia przeprowadzała należąca do niego Agencja Handlowo-Usługowa Kurpie. W wykazie przeszkolonych zaś znalazła się jego żona. Była szkolona jako szef firmy swojego męża - czyli tej, która ją szkoliła, choć przejęła ją od małżonka dużo później. (Przypomnijmy, że na odkupienie firmy od męża, żeby jako zawodowy poseł mógł brać pensję w Sejmie, państwo Kurpiewscy dostali pożyczkę z Funduszu Rozwoju Przedsiębiorczości). Poza swoją żoną pan poseł szkolił też firmy, które były zarejestrowane, ale nie prowadziły działalności. Razem było ich około 50. Refundacja wyniosła jakieś 125 tys. zł.
W ramach inkubatora ostrołęckiego odbyło się kilkadziesiąt szkoleń dla przedsiębiorstw. 
Poważne wątpliwości budzi również sposób rozdysponowania szmalu, który od 1994 do 1996 r. był przekazywany na tworzenie ostrołęckiego inkubatora. Do kupy - jakieś 250 tys. zł. 
MPiPS oraz PARP nie kontrolują sposobu dysponowania opisanym szmalem. Fundusze Rozwoju Przedsiębiorczości, które udzielają pożyczek, mają jedynie obowiązek dostarczania ministerstwu comiesięcznego raportu. Inkubatory Przedsiębiorczości muszą to robić co kwartał. Widać sprawozdania te są piękne jak laurki - w przeciwieństwie do praktyki. Nie mogą budzić zastrzeżeń, skoro w informacji ministerstwa z kwietnia 2002 r. "o wynikach realizacji zadań instytucji wspierających rozwój małych i średnich przedsiębiorstw" stoi jak byk, że najbardziej aktywną działalność szkoleniową w 2001 r. prowadził m.in. Ośrodek Wspierania Przedsiębiorczości w Ostrołęce. Aż 2454 przeszkolonych! 

Jest fantastycznie!
Działalność Inkubatorów Przedsiębiorczości potwierdza ich duże znaczenie w procesie rozwoju gospodarczego. Stanowią one istotny instrument wspomagania powstających podmiotów gospodarczych i tworzenia nowych miejsc pracy. (...) Wynik rocznej działalności szkoleniowej poszczególnych ośrodków, chociaż minimalnie mniejszy od osiągniętego w 2000 r., potwierdza, że kryzys roku 1999 mamy już za sobą i pomimo braku środków na aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu z Funduszu Pracy, zapotrzebowanie na tego typu usługi nadal jest duże - optymistycznie stwierdza dokument Departamentu Polityki Rynku Pracy, zaakceptowany, co stwierdzone jest podpisem, przez wspomnianego wcześniej Tomasza Niesiołowskiego. Nie dziwi, że zainteresowanie szkoleniami jest duże, skoro da się dzięki nim wyłudzić kasę od państwa.
Nie ulega wątpliwości, że zarówno MPiPS, jak i PARP wiedzą o przekrętach. Ministerstwo było uczestnikiem dochodzenia w sprawie Ostrołęki. 
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że szykuje się zmiana rozporządzenia o dotowaniu szkoleń dla małych przedsiębiorstw. Jeśli do niej dojdzie, PARP będzie wskazywała firmy, które mają przeprowadzać szkolenia. Zmiana ta dowodzi, że władze wiedzą o kantach. Zwłaszcza że dochodzenia dotyczące inkubatorów i szkoleń odbywają się poza Ostrołęką w kilku innych miastach Polski, m.in. w Krakowie. O szmalu, który Zarząd Regionu Małopolska NSZZ "S" przewalał na fikcyjnych szkoleniach dla bezrobotnych, pisaliśmy dwukrotnie ("NIE" nr 12 i 21/2002).
Tam, gdzie są bezrobotni, leży forsa do zagarnięcia przez pracowitych. Prawda ta znana jest w Afryce, gdzie ogromne fundusze pomocy giną w kieszeniach urzędników. Dzięki europejskim pieniądzom Polska raźno wstępuje do Afryki. Ostrołęckie sposoby afrykanizacji pomocy dla bezrobotnych, biednych, głodnych i bezradnych są banalne. Z czasem staną się wyrafinowane.


W Ostrołęce ostro ciągną.

Dorota Paradecka - NIE (32/2002)

Członkowie rodzin miejskich notabli oraz posła SLD brali preferencyjne pożyczki przeznaczone na wspieranie lokalnej przedsiębiorczości. Łykali szmal za szkolenia dla bezrobotnych. 
Prokuratura prowadzi przesłuchania. Parlamentarzysta wymiata niepokornych ze swojego podwórka.
Ostrołęcki Ruch Wspierania Przedsiębiorczości (ORWP) powstał w 1994 r. jako stowarzyszenie zainicjowane przez garstkę osób, w większości bezrobotnych. Dwa lata później stworzono Fundusz Rozwoju Przedsiębiorczości, który na preferencyjnych warunkach udzielał pożyczek nowo powstającym lokalnym firmom. W sumie na około 5 mln zł ("Tygodnik Ostrołęcki" nr 41/2002). Szmal płynął z Ministerstwa Pracy, Banku Światowego, Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości oraz kasy miejskiej.


Superkredycik
Okazało się, że atrakcyjne pożyczki pobierali również miejscowi notable i członkowie ich najbliższych rodzin. Często wykorzystując pieniądze niezgodnie z przeznaczeniem lub nie zwracając ich. Wątpliwości budzi sposób ich przyznawania. W tej elitarnej grupie są także znaczące osoby związane z lewicą.
Z pożyczek korzystał obecny poseł SLD Stanisław Kurpiewski oraz jego żona. Wzięła forsę na odkupienie firmy od męża, żeby jako poseł mógł brać pobory w Sejmie. Zasilili się też dyrektorka oddziału Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska, a kiedyś sekretarz Rady Wojewódzkiej SLD Elżbieta Ziółkowska i jej małżonek (ona wzięła kasę, by spłacić pożyczkę męża) oraz radny SLD Roman Balcerzak ze swoją starą.
Pożyczki brali także: mąż wiceprezydent Marii Sokoll (PO) - przewodniczącej komisji rozdzielającej kredyty w ORWP, żona prezydenta Arkadiusza Czartoryskiego (PiS), wiceprzewodniczący Rady Miasta Józef Galanek (PO) oraz syn wiceprezydenta Miasta Wiesława Piaścińskiego ("Nasza Ostrołęka" utworzona przez członków dawnego Stronnictwa Demokratycznego). Ten ostatni łyknął kasę na działalność gospodarczą, której nie prowadził. Jego tata - zapewne przez przypadek - jest wiceprezesem ORWP.
Prezesem zarządu ORWP jest Kazimierz Krzysztof Bloch, niegdyś przewodniczący tutejszego ZSMP, którego wojewódzkim szefem był obecny poseł Kurpiewski. To starzy kumple. Ale poseł Kurpiewski kategorycznie podkreśla, że nie był traktowany preferencyjnie, gdy przyznawano mu pożyczki i że nie był posłem, gdy brał szmal. Był tylko lokalnym liderem swojej partii. Gdy postanowił kandydować do parlamentu, pożyczkę wzięła jego żona, ale teraz ona już też nie pożycza z ORWP, bo uczy w podległej mu niepublicznej Mazowieckiej Szkole Ekonomicznej. Bezrobotnych szkoliła biorąc stówę za godzinę, ale było tego raptem 70-80 godzin. Zdaniem posła, moralnie naganne jest dopiero to, że wiceprezydent Sokoll reprezentując miasto, które dawało szmal na ORWP, była w komisji, która przyznała pożyczkę jej mężowi.
Sprawą pożyczek przyznanych z funduszu ORWP zajmuje się teraz Prokuratura Rejonowa w Ostrołęce.
- Prezes Bloch straszył na posiedzeniu Rady Miejskiej SLD, że będzie się mścił na rodzinach i dzieciach tych, którzy pomogli całej tej historii wypłynąć na wierzch - opowiadają świadkowie.


Deal na bezrobociu
Prokuratura została również poinformowana o tym, że na listach uczestników szkoleń figurują nazwiska osób, które nie brały udziału w kursach. Na tę okoliczność prokurator ma przesłuchać około 700 osób.
ORWP wygrywał przetargi na szkolenia dla bezrobotnych organizowane przez Wojewódzki Urząd Pracy. Na prowadzeniu wykładów zarobiła cała tutejsza elita: obok żony posła Kurpiewskiego, także wspomniany wiceprezydent Piaściński i jego ślubna, oraz przewodnicząca Rady Miejskiej SLD Maria Skibniewska.
Jako szkoleniowców zatrudniano pracowników Urzędu Kontroli Skarbowej (UKS) i Wojewódzkiego Urzędu Pracy (WUP). Tego samego, który organizował przetarg, a potem przeprowadzał kontrolę w ORWP na okoliczność ewentualnych przekrętów dotyczących zlecania szkoleń czy osób w nich uczestniczących. Trochę głupio, że zarówno zlecającymi ową kontrolę, jak i ją przeprowadzającymi byli ludzie, których nazwiska figurują na liście wykładowców. Kontrola żadnych nieprawidłowości nie wykazała. Teraz papiery obwąchują kontrolerzy z UKS w Płocku.


Poseł wymiatacz
Stanisław Kurpiewski, niegdyś wojewódzki szef ZSMP, potem szef SdRP, a następnie przewodniczący Zarządu Powiatowego SLD, czyli lider Sojuszu na tym terenie, swą mocną pozycję ugruntował w ostatnich wyborach samorządowych, gdy został radnym wojewódzkim. Mało jest takich, którzy mają wątpliwości, że to on rozdaje posady w miejscowych instytucjach. Od 1989 r. uparcie startował w wyścigu na Wiejską, aż wreszcie go wybrano.
- Kurpiewski nie znosi sprzeciwu w swoim folwarku. Powołuje się na poparcie ministra Janika, a przeciwników określa jako sterowanych przez UOP i byłych esbeków. Niepokorni wylatują z partii. Na przykład założyciel tutejszej młodzieżówki i przewodniczący SdRP w mieście, a do niedawna przewodniczący jednego z kół SLD Artur Popielarz nie podporządkował się panującym w ostrołęckim SLD feudalnym stosunkom. Kurpiewski nie mógł tego tolerować, zastosował starą metodę - twierdzą lokalni członkowie lewicy.
Od jednego z młodych poseł otrzymał oświadczenie, że Popielarz domagał się od niego łapówki. Brzydka wieść rozeszła się w lewicowych kręgach, ale prokuratura tego nie potwierdziła. Młody nie potrafił określić, co miał dać w łapę Popielarzowi, gdzie i kiedy. Osoby, które były świadkami tego, jak rzekomo Popielarz domagał się łapówki, popukały się w czoło.
Trzeba było zadziałać skuteczniej. Podległa Kurpiewskiemu Rada Miejska SLD wystąpiła do sądu partyjnego o wykluczenie Popielarza z Sojuszu. Jak twierdzi wypieprzony, nie umożliwiono mu nawet zapoznania się z zarzutami i odniesienia się do nich. Obecna przewodnicząca Rady Miejskiej SLD Maria Skibniewska, która w wyborach na szefa jednego z kół SLD przegrała z Popielarzem, argumentowała, że "sieje on ferment". Zarzucono Popielarzowi, że jego koło zażądało rozliczenia ludzi Sojuszu zamieszanych w sprawę pożyczek z ORWP i kursów dla bezrobotnych. Mogło to Skibniewską zdenerwować, bo ona też prowadziła te szkolenia.
Niedawno po Ostrołęce rozeszła się plotka, że do sądu partyjnego powędrował kolejny wniosek o wykluczenie jednego z tych, co skarżyli się do centrali na Kurpiewskiego. Poseł i jego dwór plotki nie potwierdzają, ale sygnatariusze skarg obstawiają już, który z nich wyleci następny.


Olewka Millera
Przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi kilkudziesięciu członków Sojuszu wręczyło protest przewodniczącemu Rady Mazowieckiej SLD Andrzejowi Piłatowi. Poskarżyli się na działania Kurpiewskiego - wówczas kandydata na posła. Piłat kazał wstrzymać się z awanturami na czas wyborów. Przekazany mu protest trafił w ręce Kurpiewskiego.
Pismo to służy koledze Kurpiewskiemu za podstawę do szykanowania skarżących się - donieśli jego sygnatariusze Millerowi. Miller ich olał. Poszli do Dyducha. Sekretarz Generalny SLD zareagował:
- Rutynowo zwróciłem się do komisji etyki i struktur wojewódzkich, aby zbadały sprawę. Jeśli potwierdzą się zarzuty stawiane posłowi, to zostaną wyciągnięte w stosunku do niego konsekwencje. 
Andrzej Piłat komentuje: - Próbowałem namówić obie strony do zgody, ale nie poskutkowało. Trudno rozstrzygnąć, kto ma rację. Napięcia się spotęgowały, gdy Stasiu został posłem i jego możliwości oddziaływania na różne decyzje zapadające na Mazowszu niepomiernie wzrosły. Nie odpowiada to pewnej grupie. Dobrze więc, że sprawa trafiła do centrali i rozstrzyga ją Komisja Etyki.
Opinii przewodniczącej Komisji Etyki senator Marii Szyszkowskiej nie uzyskaliśmy, ponieważ w okresie wakacji jej biuro nie pracowało.
(...) w trakcie kampanii członkowie Zarządu Powiatowego i Miejskiego SLD próbowali zastraszyć członków SLD głosząc na zebraniach kół, iż po wyborach ci członkowie, którzy pracują na rzecz innych kandydatów SLD z naszej isty, aniżeli kandydat powiatowy Kol. Stanisław Kurpiewski zostaną rozliczeni i usunięci z partii. Zaczęto spełniać te groźby (...). Mają też miejsce próby pozbawienia pracy tych spośród nas, którzy jawnie i wprost na forum partii mówią o nieprawidłowościach wewnątrz organizacji powiatowej SLD. (...) ostrołęckie SLD nie zdołało zawiązać koalicji powyborczej w 1998 r. pomimo korzystnego wyniku wyborczego. Sytuacja ta była wynikiem chorych ambicji oraz przemożnej chęci piastowania stanowisk w ratuszu. W wyniku tego ugrupowania centrowe, które wcześniej wyrażały chęć tworzenia koalicji w mieście z SLD, utworzyły koalicję z AWS-em - pisali ostrołęccy eseldowscy opozycjoniści.

Aby móc oglądać tę stronę musisz zainstalować wtyczkę Flash! Zainstaluj teraz!

Aby móc oglądać tę stronę musisz zainstalować wtyczkę Flash! Zainstaluj teraz!

 
Sieci komputerowe, strony internetowe
fontanna czekoladowa
zawioze wygodnym audi osobowym 1ZL ZA KILOMETR
zawioze wygodnym audi osobowym 1ZL ZA KILOMETR
KIREOWCA KAT B, C +E ,D KURS NA PRZEWOZ RZECZY I OSOB
SPRZEDAM NOKIE N95 450 ZL
przyjme nieodplatnie sprzet rtv agd meble odbiore z domu
Przedstawiciel; doradca klienta; manager-zatrudnim
y do pracy
ZATRUDNIE FRYZJERKĘ
Sprzedam lub Zamienie
Kupię uzywaną książkę- BASIC ENGLISH FOR BUSINESS 1
Ogłoszeń: 2369
Przez ostatnie 48h przybyło 443

Aby móc oglądać tę stronę musisz zainstalować wtyczkę Flash! Zainstaluj teraz!

Aby móc oglądać tę stronę musisz zainstalować wtyczkę Flash! Zainstaluj teraz!

Aby móc oglądać tę stronę musisz zainstalować wtyczkę Flash! Zainstaluj teraz!

Aby móc oglądać tę stronę musisz zainstalować wtyczkę Flash! Zainstaluj teraz!

Aby móc oglądać tę stronę musisz zainstalować wtyczkę Flash! Zainstaluj teraz!

Aby móc oglądać tę stronę musisz zainstalować wtyczkę Flash! Zainstaluj teraz!

Aby móc oglądać tę stronę musisz zainstalować wtyczkę Flash! Zainstaluj teraz!

Aby móc oglądać tę stronę musisz zainstalować wtyczkę Flash! Zainstaluj teraz!

Aby móc oglądać tę stronę musisz zainstalować wtyczkę Flash! Zainstaluj teraz!

Tysiące tanich przedmiotów!

Tysiące tanich przedmiotów!





KM Perun Ostrołęka

Słownik ponglish

Amnesty International Ostrołęka

Dekorator ślubny!

Okręgowa Izba Pielęgniarek i Położnych w Ostrołęce

www.slub.ostroleka.pl

Otwarty Fundusz Emerytalny!

www.madeinelk.pl



www.ostroleka24.pl

Fotograf - Łukasz Dobkowski

instrumentalny.pl

Causari foto & design tel. 888 712 143
Copyright © 2003 – 2010 www.moja-ostroleka.pl Warunki korzystania z serwisu
Wykonanie: PRO-NET